Bierz z życia ile możesz...

... tylko nie przesadzaj. Bo w istnienu człowieka nie chodzi tylko o to, aby brać. Trzeba też dawać. Zapytasz: co dawać? Siebie samego. W przenośnym tego słowa znaczeniu. Dawać miłość, bo to ona czyni nas szczęśliwymi. Tak uważam ja. Bo dla każdego sczęście znaczy co innego. Pieniądze, sława... Ale czy te, tak zwane "wartości" dadzą Ci poczucie bliskości drugiej osoby? Nie sądzę. Ale ludzie są dziwni. Ja też...

środa, 7 maja 2008

Grota Bazyliszków

Wybiegłam z klatki, trącąc plecakiem jednego z tych śmierdzących pijaków, co to stoją od rana pod blokiem. Przeskoczyłam ogromną kałużę i spojrzałam na zegarek. Dziesiąta. Za kwadrans rozpocznie się sześciogodzinne katowanie, męczenie i Bóg wie, co jeszcze. Czasem czuję się jak Syzyf, ten z mitologii. Nauka - żmudna, męcząca praca, nieprzynosząca jakichkolwiek efektów. "Ucz się ucz, bo nauka, to potęgi klucz". Kto, do cholery, wymyślił to durne stwierdzenie?! Ciekawe, czy takim kluczem mogłabym otworzyć czyjeś serce.
Szłam tak wolno, jak było to możliwe. W końcu wyszło na to, że spóźniłam się do szkoły. Na biologię.
- Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie - wyrecytowałam monotonnym półgłosem.
- Wyczułaś, że będzie kartkówka, tak? - zapytało zjadliwie wredne babsko, kiedy ukradkiem próbowałam usiąść na swoje miejsce.
Dopiero zauważyłam zaskakującą ciszę panującą w tej, na ogół bardzo rozgadanej, klasie. Twarze wszystkich piszących wyrażały rozpacz, ale i też głęboką chęć zlikwidowania tego olbrzymiego stworzenia, które śmiało się nazywać nauczycielem. Nie, żebym uważała, iż owym istotom należy się jakiś większy szacunek niż innym, ale to babsko przerasta wszelkie normy.
- Taa, a co ja pies jestem? - mruknęłam po cichu, jakby sama do siebie - Jakiś wyostrzony węch, czy coś? - dokończyłam i podreptałam w stronę ławki.
- O nie, panienko droga - odezwała się biologistka - Myślałaś, że ci to płazem ujdzie?
- Powiedzmy, że tak - odburknęłam.
- No spójrzcie, jaka bezczelna! - babsko poderwało sie z miejsca tak gwałtownie, że zamarłam z przerażenia. Chwyciła w rękę wskaźnik i zaczęła mi nim nerwowo wymachiwać przed nosem.
- Co powstaje w wyniku mitozy? - rzuciła.
- ??? - spojrzałam na nią pytająco.
- Nie wiesz? - twarz kobiety rozjaśnił triumfalny uśmiech.
Do końca lekcji stałam przy jej biurku, starając się odpowiadać na zadawane przez nią pytania, na które i pewnie sama nie znała odpowiedzi. Zakończyło się to oczywiście wpisaniem do dziennika pały, w rubryce "kartkówka". Taa, jeżeli godzinne odpytywanie takową można nazwać, to chyba pójdę w jej ślady. Kiedy rozległ się dzwonek, wzięłam plecak, mruknęłam "Do widzenia" i wybiegłam z sali, przed którą czekały już na mnie Zacharia i Blenorda.
- Cześć Grodlana - krzyknęły chórem.
- Cześć. Jak wam poszlo na tej kartkówce? - spytałam, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
- Weź, bez-na-dzie-ja - powiedziała Blenorda - Jak dostanę kolejną pałę, ojciec mi laptopa zabierze.
- Przesadzasz, Bleno. Wytrzymasz bez komputera. Grodi, a Ty czemu się spóźniłaś?
- Nie chciało mi się tu iść. Wiecie czemu. Chari, a Tobie jak poszło?
- Dobrze. Siedziałam z Lartonem, więc sama rozumiesz?
- Zbiorowa praca?
Wybuchnęłyśmy śmiechem i zmusiłyśmy się do przejścia pod salę, w której miał być polski.
Lekcje minęły wyjątkowo szybko. Pomyślałam wtedy, że nie może być tak pięknie i coś się wydarzy. Coś zupełnie niechcianegoo. Nie myliłam się.
Wróciłam do domu i rzuciłam plecak, nierobiąc żadnego z zadań domowych. Jakby ktokolwiek robił. Stwierdziłam, że skoro jest taka ładna pogoda, powinnam trochę sie dotlenić. Zadzwoniłam do Chari i Bleno, czy przypadkiem nie mają ochoty pójść na miasto. Miały. Spotkałyśmy się, jak zwykle pod starym zrujnowanym domem. "Grota Bazyliszków", bo tak miejscowi nazywali to opuszczone miejsce, mieściła sie niedaleko zarośniętego stawu. Podobno w XVI w. mieszkał tam mężczyzna, który miał hodowlę węży. Pewnego dnia umarł, ale lekarze nie znaleźli przyczyny zgonu. Jego węży nikt nie znalazł. Mieszkańcy twierdzli, że owe gady zabijały wzrokiem i od tego zginął ich właściciel. Nie jestem aż tak głupia, aby w to wierzyć.
Nigdy nie wchodziłyśmy do tego domu. Nie ze strachu, ale po prostu nie byłyśmy ciekawe co tam się znajduje. Jednak tego dnia Bleno wpadła na szalony pomysł.
- A może... - zaczęła - wejdziemy do środka i przekonamy się ile prawdy, w tym co mówią ludzie?
- Zwariowałaś?! - krzyknęłam.
- Co, obleciał Cię strach?
- Nie... - skłamałam - ale...
- Ale co?
- Jakoś tak... nie mam ochoty. Ty też nie, prawda Chari?
- W sumie, co nam szkodzi wejść i zobaczyć co kryje ten straaaszny dom?
Obie dziewczyny wybuchnęły śmiechem. Mi nie było do śmiechu. Zaczęłam snuć teorie na temat tego, co czai się w tym miejscu. Przed oczyma stanęły mi olbrzymie węże, rodem z filmu science-fiction. Bleno wyrwała mnie z rozmyślań.
- To co? Wchodzimy?
- Dobrze - w końcu przemogłam strach - ale ja pomiędzy tobą a Chari, zgoda?
Bleno otworzyła skrzypiące drzwi. Na drżących nogach weszłam do środka.
- Ale tu śmierdzi - zauważyła Chari - I strasznie ciemno. Nic nie widzę. AUU!
- Co się stało?! - przestraszyłam się.
Bleno udało się zapalić starą lampę.
- Nic, nic - uspokajała mnie Chari, masując kostkę - Po prostu źle stąpnełam.
Poszłyśmy dalej. Co jakiś czas wydawało mi się, że słyszę jakieś syczenie. Kiedy jednak mówiłam o tym dziewczynom, zbywały mnie głośnym "Odbiło ci". Owszem, jestem szurnięta, ale chyba nie do tego stopnia, żeby słyszeć jakieś głosy, tudzież syczenia. Później stwierdziłam, że jednak to tylko moja wyobraźnia.
- Ej, mam pomysł - Bleno zatrzymała się - Rozdzielmy się. Będzie zabawa.
Otworzyłam szeroko oczy a moje usta rozwarły sie mimowolnie wyrażając me głębokie zdumienie.
- Ja jestem za! - krzyknęła Chari.
- No, nie! Tego już za wiele! - przerwałam im knucie spisku przeciwko mnie - Miałyśmy iśc do miasta a jesteśmy w jakimś obskurnym miejscu. Na domiar złego wy chcecie się jeszcze rozdzielać?! O, nie! Ja pasuję. Wracam.
Odwróciłam się z zamiarem wyjścia, ale zobaczyłam ciemność. Żadnego światła.
- Dobra, zostaję - powiedziałam po chwili - Ale błagam was, nie rozdzielajmy się! - zawyłam w rozpaczy.
- Zgoda, nie rozdzielimy się - zawyrokowała Chari.
Z ogromną niechęcią zmusiłam się, aby iść dalej, ale wolałam to niż wracać w tych ciemnościach. Przeszłyśmy przez masę wąskich korytarzy, w których leżało mnóstwo starych rzeczy: złote ramy, lichwiarze. Jednak mnie zainteresowała pozytywka leżąca w rogu dosyć dużego pokoju, do którego dotarłyśmy po pewnym czasie. Podniosłam ją i zaczęłam oglądać. Chari i Bleno zainteresowane były oglądaniem starych obrazów wiszących na zrujnowanych ścianach domu. Spojrzałam na nie tylko przez moment, bo grająca pozytywka ciekawiła mnie bardziej. Wyglądała bardzo dobrze, nie była zniszczona, więc pomyślałam, że to bardzo dziwne. Skoro nikt tu nie zaglądał od czasu śmierci hodowcy węży, to skąd się wzięła tutaj niezniszczona pozytywka? Pokazałam ją dziewczynom.
- Ale bajer! - krzyknęła Bleno, wyrywając mi pozytywkę z rąk - Ktoś tu musiał być przed nami. Nie sądzę, żeby taka zabawka zachowała się w nienaruszonym stanie przez 400 lat.
- No coś, ty? Jak na to wpadłaś? - zaironizowałam, próbując wyrwać Bleno moją zdobycz - Oddaj, ja to znalazłam!
Szarpałyśmy się przez kilka chwil.
- Dziewczyny, przesta... - sytuację chciała rozwiązać Chari, ale w tym momencie pozytywka spadła i rozbiła się na kilka małych kawałków.
- I zobacz, co narobiłaś?! - nakrzyczałam na Bleno, podnosząc z ziemi porcelanową baletnicę.
- Przepraszam - Bleno próbowała wyrazić skruchę - Nie chciałam...
- Nie chciałam, nie chciałam. Ale zrobiłaś!
- Ej - przerwała nam Chari - nie ma sensu, żebyście kłóciły sie o jakąś pozytywkę.
W sumie miała rację, więc przestałam sie gniewać na Bleno. Poczłapałyśmy dalej. Ten dom był ogromny, a z zewnątrz wydawał się taki malutki. Po pewnym czasie dotarłyśmy do jakichś drzwi, oblepionych pajęczyną.
- O fujj! - krzyknęłam, ocierając czołem o jedną z nich.
Chari otworzyła drzwi, a ja zamarłam. Na środku pomieszczenia leżały dwa węże! Może nie były tak ogromne jak sobie wyobrażałam, ale napewno ich wielkość była nadnaturalna.
- Dziewczyny, to bazyliszki! Zabijają wzrokiem! Nie patrzcie na nie! - wykrzyknęłam i padłam na ziemię twarzą w dół, zasłaniając oczy. Leżałam tak dobrą chwilę, kiedy usłyszałam cichy chichot, a zaraz potem salwy śmiechu. Nic nie rozumiałam. Ostrożnie podniosłam głowę i zobaczyłam Bleno leżącą na podłodze, ale wcale nie dlatego, że bała się węży. Pokładała się ze śmiechu. Usiadłam i patrzyłam na nią tępo. Zapaliło się światło. Nic nie rozumiałam. Rozglądnęłam się po pokoju. Węży nie było, za to zobaczyłam Lartona i Madila.
- Co tu się dzieje, do cholery?! - zapytałam z wyrzutem.
- Grodi, sory, ale musia.. musiałyśmy - Bleno nie mogła powstrzymać śmiechu - Poprosiłyśmy chłopaków, żeby załatwili sobie jakieś stroje, coś zblizżonego do węży. Bo przecież w półświetle i tak nie zauważyłabyś. Spytali nas po co, to im powiedziałyśmy...
Spojrzałam na Chari. Ona też się śmiała, ale gdy na napotkała mój pełen wściekłości wzrok, spojrzała na mnie przepraszająco.
- ... wymyśliłyśmy, żeby Ci zrobić jakiś kawał. Padło na "Grotę Bazyliszków". Żałuj, że nie widziałaś swojej miny. "Dziewczyny, nie patrzcie na nie" - Bleno śmiała się dalej.
- Bardzo, bardzo śmieszne. Jak mogłyście mi to zrobić? - w oczach pojawiły mi się łzy, na myśl tego, jak upokorzyłam się przed Madilem - Miał być kawał a wyszłam na idiotkę!
- Wyluzuj, Grodi. To tylko zabawa. I tylko w naszym gronie. Bo chłopacy nikomu nie powiedzą, prawda? - Bleno zwróciła się do stojących w rogu chłopaków.
- Nie, no coś ty - powiedział Larton - Wszystko między nami.
- Nie interesuje mnie to! - wykrzyknęłam i wściekła pobiegłam w stronę wyjścia.
- Grodlana, zaczekaj! - usłyszałam z oddali znajomy głos. Odwróciłam się. W moją stronę biegł... Madil. Jednak nieugięta szłam dalej.
- Zaczekaj - dogonił mnie po chwili.
- Na co? Chcesz się ze mnie pośmiać? Proszę bardzo - odpowiedziałam lekceważąco, choć zapewno w innych okolicznościach byłabym cała w skowronkach.
- Przepraszam. Naprawdę. Nie chciałem, żeby tak wyszło. I wcale nie uważam, że wyszłaś na iditokę. Myślę, że każdy zareagowałby tak jak ty. Więc nie masz się czego wstydzić. Uwierz mi - spojrzał na mnie tymi swoimi zielonymi oczami. Jak mogłam mu nie wierzyć?
- Dziękuję - uśmiechnęłam się.
Doszliśmy do wyjścia. Okazało się, że na dworze jest już całkiem ciemno.
- Może... - zaczął Madil.
- Tak? - spytałam.
- Dałabyś się odprowadzić do domu?
- Jeżeli masz ochotę, to owszem.
Uśmiechnął się, zdjął swoją bluzę i założył mi ją na ramiona.
Byłam w siódmym niebie, a złość na dziewczyny przeszła mi jak reką odjął.

Brak komentarzy: