Bierz z życia ile możesz...

... tylko nie przesadzaj. Bo w istnienu człowieka nie chodzi tylko o to, aby brać. Trzeba też dawać. Zapytasz: co dawać? Siebie samego. W przenośnym tego słowa znaczeniu. Dawać miłość, bo to ona czyni nas szczęśliwymi. Tak uważam ja. Bo dla każdego sczęście znaczy co innego. Pieniądze, sława... Ale czy te, tak zwane "wartości" dadzą Ci poczucie bliskości drugiej osoby? Nie sądzę. Ale ludzie są dziwni. Ja też...

piątek, 23 maja 2008

Włoch.

Gdańsk. Agata, Janka i ja, oczywiście. 7.41 pociąg. Musiałam bardzo szybko wstać, a tak mi się nie chciało. Ale w końcu udało mi się rozbudzić.
Już po ósmej byłyśmy na miejscu. Wszystkie sklepy były jeszcze pozamykane, więc poszłyśmy połazić po mieście. Kupiłyśmy drożdzżówki xD Usiadłyśmy sobie na ławce, na przeciwko "Irish Pubu" xD W pewnym momencie przeszedł obok nas facet, całkiem przystojny ;P prawdopodobnie Włoch. Zmierzył każdą nas wzrokiem i poszedł w kierunku wspomnianego wcześniej Pubu.
- Spodnie mu się tak fajnie opinają - zauważyła Janka.
Spojrzałyśmy na nią z Agatą i wybuchnęłyśmy śmiechem. Rozmawiałyśmy i śmiałyśmy się, kiedy w pewnej chwili wrócił przystojny Włoch.
- Nie wiecie dziewczyny może, gdzie mogę napić się dobrego piwa?
Agata, jako że siedziała najbliżej Włocha, odpowiedziała:
- Nie, niestety nie wiemy. A ten Irish Pub to zamknięty jest? (Jakoś specjalnie nie miałysmy ochoty gadać z tym gościem. Mowa tu o mnie i o Agacie, bo Janka... xDDD)
- No, niestety. A dziewczyny to z daleka przyjechały?
- Nie bardzo, z Tczewa. (Co za idiotki mówią nieznajomemu, gdzie mieszkają?!)
- Aaa, z Tczewa.
Janka, która siedziała obok mnie, zwijała się ze śmiechu.
- A czego szukacie w Gdańsku?
- Do kina przyjechałyśmy
- A może dziewczynki pójdą ze mna napić się piwka? (Janka dalej chichocze).
Jednak mi w tym momencie zrzedła mina. Przestraszyłam się tego gościa. Jakiś napaleniec, myślał, że damy się nabrać na ładną buźkę? Nic z tego.
- Nie dziękujemy.
- A dziewczyny juzż mają 18 lat, prawda? (Kiwamy przecząco głową).
W tym momencie nadjechał samochód i wysiadło z niego dwóch gości, a jeden z nich trzymał w ręku jakiś metalowy pręt.
"Już po nas" - pomyślałam - "Oni są z nim. Porwą nas, zgwałcą, a potem zabiją i wyrzucą gdzieś nasze ciała!"
Jednak dwaj goście poszli w innym kierunku.
- To, co dziewczyny idziemy do tego kina? - zapytałam, aby jak najszybciej się stamtąd zmyć. Szybko wstałyśmy i poszłyśmy. To nic, że kino było w inną stronę xDD
- To pa, dziewczyny miłej zabawy! - krzyczał za nami.
Pierwsza odezwała się Janka.
- Głupie jesteście. Mogłyśmy z nim pójść.
Spojrzałyśmy na nią z niedowierzaniem. Co ona za głupoty plecie?!
- Odje**ło ci?! - wyrzuciła jej Agata.
- Ej, był całkiem przystojny .
- No i co z tego, że był? On mógł nam coś zrobić - powiedziałam.
- Ja nie wiem co wy w nim widziałyście takiego fajnego. Ja widziałam tylko potencjalnego gwałciciela.
Atmosfera sie rozluźniła i poszłyśmy do Madisona. Cały czas snułyśmy przypuszczenia, że on gdzieś się czai, albo czeka już na nas w kinie.
Poszłyśmy do Krewetki. Kupiłyśmy bilety na "Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki" xDD Dostałyśmy (do biletów) darmowe małe dezodoranty dla mężczyzn STR8 xDDDD
- Dla chłopaka, brata, albo taty - powiedziała kasjerka.
Wybrałyśmy miejsca w przedostatnim rzędzie. 12, 13, 14. Jedno miejsce było juz zejęte w tym rzędzie - 11.
- Dziewczyny, mówię wam, to ten Włoch - palnęłam, a Janka zaczęła się śmiać.
- Ja zajmuję wtedy 12! - krzyknęła Janka.
- Chodźcie lepiej do łazienki - powiedziała Agata.
W całym tym amoku, o mały włos nie weszłam do męskiej toalety. Gdyby nie Agata.
- Cycu, toć to męska jest! Nie widzisz, że tam facet szedł?
- No, właśnie dlatego ja też tam poszłam, bo on mnie tak jakby prowadził.
Kiedy powiedziałyśmy to Jance, wiadomo, jaka była jej reakcja xDD
Poszłyśmy na seans. Okazało się, że na 11 wcale nie siedzi nasz potencjalny gwałciciel, a jakiś mały chłopiec ;P
- Cholera, a już miałam nadzieję - powiedziała zawiedziona Janka.
Czekałyśmy, az film się rozpocznie, kiedy przyszła pewna para. Długo zastanawiali się gdzie usiąść, aż w końcu wybrali dwa miejsca w rogu, całkiem z tyłu. Już w trakcie trwania filmu dowiedziałysmy się, dlaczego tak długo wybierali mniejsca. Otóż, wspomniana para, jakby to ująć... Bardzo miło spedzała czas, poczas seansu i wcale nie chodzi tu o oglądanie filmu xDDD
Cały seans śmiałyśmy się, ale nie tylko z owej pary. Agata była trochę poirytowana naszą niesubordynacją xDDD Ale sama sobie piwa nawarzyła xD
Po filmie (który był całkiem ciekawy, aczkolwiek Agata twierdzi inaczej) pojechałyśmy do Galerii Bałtyckiej. Jednak zanim to nastąpiło, długo zwlekałysmy z tym aby zapytac kogoś jak tam dojechać, bo oczywiście, my takie gapy niewiedziałyśmy ;P
Chodziłyśmy po Galerii, oglądałyśmy różne rzeczy i widziałyśmy mnóóóóóstwo bardzo fajnych ludzi xDDD Kiedy w pewnym momencie, zgubiła nam się Janka, zaczęłyśmy snuć z Agatą przypuszczenia, że być może porwał ją nasz potencjalny Włoch ;D Jednak nasza zguba szczęśliwie się odnalazła xDDD
Do Tczewa wróciłyśmy około 16. Rozeszłyśmy się. Janka do domu, a my z Agatą jeszcze połazic.
Później Janka dzwoniła jeszcze parę razy i przeżywała, że mogłyśmy jednak pójśc z tym Włochem xDDD
Przyszłam do domu dopiero o 19. I jestem padnięta. Ale warto było xDDD Całkiem udany dzień xD

środa, 14 maja 2008

Wyśmiane marzenia

Otworzyłam oczy i spojrzałam w okno. Cholera, a tak chciałam zapamiętać, co mi się śniło. Wiem tylko, że coś miłego. Świeciło słońce. Spojrzałam na zegar wiszący nad moim łóżkiem. Była prawie szósta. Postanowiłam jeszcze poleżeć, w końcu był weekend. Przymknęłam oczy. Na wspomnienie wczorajszego wieczoru, przebiegł mi po plecach miły dreszcz. Madil odprowadził mnie pod same drzwi. Na koniec zapytał, czy dałabym się kiedyś zaprosić na lody. Odpwiedziałam tylko "zobaczymy" i posłałam mu uśmiech. Nie chciałam wyjść na jakąś napaloną laskę. Oczywiście, w rzeczywistości, chciałam krzyknąć "pewnie, że dam się zaprosić". Jednak uznałam, że zabrzmiałoby to trochę desperacko.
Udało mi się jeszcze zdrzemnąć. Nie wiem jak, ale gdy się ponownie obudziłam, okazało się, że jest już prawie południe. Z niechęcią wygrzebałam się z łóżka i poszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro na swoją zaspaną, pokrytą obrzydliwymi krostami twarz. Z obrzydzeniem zakryłam się ręcznikiem, nie mając ochoty psuć sobie humoru już do rana. A właściwie od południa. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak długo wylegiwałam się w łóżku. Pomyślałam jednak, że to nie wychodzi mi na dobre. Otóż, za każdym razem, kiedy tak długo spałam, coraz bardziej odczuwałam zmęczenie i senność. Mama mówi, że powinnam iść na badania. Ale wiadomo, że nie pójdę.
Ubrałam jakieś stare ciuchy. Usiadłam w fotelu i wzięłam do ręki ksiażkę, którą ostatnio wypożyczyłam z miejskiej biblioteki, aby zająć piewrwsze miejsce w konkursie "Mól książkowy". Oczywiste, że wcale nie miałam zamiaru jej przeczytać. Po prostu były fajne nagrody. Ale teraz, gdy nie miałam nic ciekawszego do roboty, bo za oknem lało niemiłosiernie, a komputer nadawał się do naprawy, postanowiłam przejrzeć powieść. Otworzyłam na ostatniej stronie (lubię znać zakończenie, zanim przeczytam całą lekturę). [...] Całą podróż leżała na jego ramieniu, a on gładził jej długie lśniące włosy. Za dwie godziny mieli się rozstać i nigdy więcej się nie zobaczyć. Po wyjściu z pociągu, Grand odprowadził Carmen na lotnisko. Przytulił ją do siebie i pocałował. "Nigdy Cię nie zapomnę" - powiedział. Po rumianych policzkach dziewczyny, spłynęły dwie wielkie łzy. Wynużyła się z jego objęć, rzuciła mu ostatnie, krótkie spojrzenie i przeszła przez bramkę odprawową. Stał tam, odprowadzając ją wzrokiem. A kiedy Carmen zniknęła w przejściu, otarł łzę i odwrócił się na pięcie. "Musisz być silny" - pomyślał i pognał w stronę dworca kolejowego, zostawiając za sobą piękne wspomnienie. Tylko wspomnienia...
"Kolejna historia nieszczęśliwej miłości" - pomyślałam z przekąsem i rzuciłam książkę w kąt. Nie miałam zamiaru czytać kolejnego, głupiego romansidła, w którym ona wyjeżdża, bo musi, a on tęskni... Ojej, ale to wzruszające. Wiele takich przypadków można spotkać i w realnym świecie, więc czego tu rozpaczać nad jedną głupią historią nieszczęśliwej miłości?! Bezsens.
Krzątałam się bez celu po domu. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. "Niech przestanie padać, niech przestanie!" - modliłam się w duchu. Wtem usłyszałam dżwięk komórki. Rozejrzałam się po pokoju. Dobiegał gdzieś zza łóżka. Z trudem wyciągnęłam zakurzony telefon, który miał stłuczony wyświetlacz, więc nie widziałam, kto dzwoni. Nacisnęłam zielona słuchawkę.
- Tak, słucham? - zapytałam uprzejmym tonem.
- Eee... Czy zastałam Grodlanę? - odezwał się niepewnie głos po drugiej stronie. Rozpoznałam, że to Bleno.
- Przecież to ja! - zaśmiałam się do słuchawki.
- Aaa! Cześć. Jakoś dziwnie zapytałaś, więc pomyślałam, że to twoja mama.
- Taa, a skąd ona niby miałaby mieć mój telefon?
- Nie wiem. A zresztą nieważne. Słuchaj, gniewasz się na nas jeszcze?
- Nie. Przeszło mi - uśmiechnęłam się, tak jakby ona to widziała - Po wczorajszym wieczorze... - rozmarzyłam się - Właśnie, muszę wam wszystko opowiedzieć.
- No to może spotkajmy się za godzinę u mnie, co? Zadzwonię po Chari.
- Zgoda. Lecę się przygotować, do zobaczenia!
Nacisnęłam słuchawkę, tym razem czerwoną. Telefon ponownie wylądował gdzieś za łóżkiem. Założyłam pierwsze z brzegu jeansy i czarną bluzę z nadrukiem, którego nawet nie byłam w stanie odczytać. Pognałam do szafki, aby wyjąć z niej moje czerwone trampki. Zawiązałam sznurówki.
- Tato, zawieziesz mnie do Bleno? - rzuciłam wchodząc do pokoju, w poszukiwaniu płyty z naszymi ulubionym nagraniami.
Bleno mieszkała na drugim końcu miasta. Więc oczywiste, że w taką pogodę nie chciało mi się tułać autobusami, tym bardziej chodzić pieszo.
- Dobrze, dobrze, tylko jeszcze minutka - powiedział tata, nieodrywając wzroku od telewizora.
Cały tata. Gdy tylko miał wolny weekend siadał przed telewizorem i tak spędzał cały dzień, chyba, że mama wyrywała go na jakiś spacer.
Minutka trwała kwadrans. Nawet ubierając się, tata jak zahipnotyzowany śledził losy niemieckiego gliniarza.
W końcu dotarliśmy do Bleno.
- Przyjechać po ciebie? - spytał tato.
- Nie, nie trzeba. Wrócę z Zacharią.
- No, dobrze - powiedział, z udawanym lekkim niezadowoleniem - No to pa - głęboko westchnął i odjechał. Pomachałam mu ręką.
Tak naprawdę ucieszył się, że nikt już go nie będzie odrywał od kolejnego odcinka "Nawróconych".
Zadzwoniłam do drzwi Bleno. Uwielbiałam jej dzownek, bo za każdym razem jak się go naciskało zmieniał melodię. To takie fascynujące.
Po chwili usłyszałam znajome szczekanie. To Rotfl, pies Bleno.
Czekałam dobrą chwilę zanim drzwi się otworzyły.
- O, cześć. Chari już jest. Idź do pokoju a ja zrobię herbatę.
Rotfl przywitał mnie, merdając ogonem i raz po raz naskakujac na mnie.
- Dobrze, już dobrze - pogłaskałam go po pysku i poszłam do pokoju.
- Elo, Grodi - Chari siedziała na podłodze i przeglądała stare gazety.
- Cześć - przywitałam się z nią i usiadłam obok. Rotfl natychmiast położył łeb na moich kolanach. Bardzo lubił, jak go drapałam za uchem.
Bleno wróciła, niosąc na tacy trzy filizanki z owocową herbatą. Wstałam i poczęstowałam się jedną.
- Uważaj, jeszcze gorąca - ostrzegła mnie Bleno.
- Spokojnie, lubię taką - zaśmiałam się i usiadłam ostrożnie na podłodze.
- No, to opowiadaj, co takiego się wczoraj wydarzyło - zagadnęła Chari odkładając na półkę gazetę, ze zdjęciem mężczyzny w długich włosach, z gitarą w ręku.
Czekałam na ten moment. Tak bardzo chciałam podzielić się z nimi moim szczęściem.
- Więc - zaczęłam z uśmiechem na twarzy - Wczoraj, jak wybiegłam z tej całej groty, wybiegł za mną Madil - na dźwięk tego imienia dziewczyny wymieniły przestraszone spojrzenia.
Opowiedziałam im wszystko o tym, jak mnie odprowadził, jak zaproponował lody. A one tylko wymieniały tajemnicze spojrzenia. A, gdy skończyłam zamiast usłyszeć "To, fantastycznie, Grodi!", albo "Super! Tak się cieszymy" nadal patrzyłam na ich twarze, które zamarły w bezruchu. A dziewczyny patrzyły na mnie tak... smutno. Takiej reakcji się nie spodziewałam. Myślałam, że razem bedziemy cieszyć się z mojego szczęścia.
- Dziewczyny, co jest? Nie cieszycie się? - spytałam.
- Cieszyłybyśmy się. Al... - odezwała się Bleno.
- BYŚMY?! Jak to byśmy?! - przerwałam jej. Nic nie rozumiałam.
- Nie mam pojęcia jak ci to powiedzieć - Chari patrzyła na mnie smutno - Bleno chciała ci coś powiedzieć, dlatego zadzwoniła, że mamy się spotkać. Myślała, że uda jej się cię ostrzec.
- Ostrzec?! Przed czym?
- Przed kim - sprostowała Bleno - Wczoraj podsłuchałam rozmowę Lartona i Madila. Gadali o jakimś zakładzie. Usłyszałam twoje imię. Więc postanowiłam podejść bliżej. Madil założył się z chłopakami, że... Ja nie mogę, Ty powiedz Chari - Bleno drżała.
Nie wiedziałam o co chodzi, ale chciałam jak najprędzej się dowiedzieć. Chari z niechęcia dokończyła.
- Bo on... Tzn oni, założyli się, że... że..
- Mów!
- Że Madil się z tobą umówi, bo wiedzą, że on ci sie podoba. I że będzie udawał, że ty mu też i - Chari złapała oddech - że potem da ci kosza. Bleno miała nadzieję, że za nim to zrobi już bedziesz wiedziała, dlatego chciała cię ostrzec. Ale on zaczął działać od razu. Tak mi przykro!
Spojrzałam na nie. Poczułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie z całej siły w twarz. Ja, zawsze taka rozsądna, rozpatrująca wszystkie za i przeciw, okazałam się zwykłą naiwniarą! Dałam się wciągnąć w tę jego grę! Myślałam, że jest inny, a on okazał się zwykłym obłudnikiem!
Dziewczyny przytuliły mnie, mówiły coś. Jednak ja wpatrywałam się tępo w przestrzeń, nic do mnie nie docierało. Chciałam uciec, jak najdalej. Znaleźć się w jakimś odległym miejscu, gdzie nikt, absolutnie nikt, nie bedzie mógł mnie oglądać. Gdzie będę mogła być sama... Tylko sama...

sobota, 10 maja 2008

Urodziny

Urodziny Jessi. Wprawdzie roczek skończy 15 maja, ale i tak sto lat! ;D Byłyśmy na spacerze. Dwie godziny łażenia w takim upale - to naprawdę męczące. Nie wiem dlaczego, ale w głębi serca liczyłam, że GO spotkam. Nie spotkałam. To naprawdę bardzo irytujące, to ciągłe myślenie o NIM. Jestem cholernie wykończona. W sumie, to nie wiem, czy tym chodzeniem w upale, czy tak intensywnym myśleniem. Mniejsza. Czekam na poniedziałek. Chcę do szkoły. W gruncie rzeczy, jest całkiem fajnie. Na przerwach i czasem na lekcji. Słucham Illusion.

"Each time you get hurt, I don't want you to change"

Takie prawdziwe. Dociera do mnie. Wracając do urodzin. Było całkiem fajnie. Ale szybko poszliśmy do domu, jak na taką imprezę. Więc teraz siedzę przed komputerem
i piszę. Jest już po północy, więc post dzisiejszy, ale jakby wczorajszy xDD Oczy bolą mnie cholernie. Załóż okulary. Po co? Wzrok do szczęścia mi potrzebny nie jest. Poza tym okulary nic nie pomogą. Często próbuję wczuć się w sytuację niewidomego. Wtedy zamykam oczy i intensywniej wytężam inne zmysły: słuch, węch. Muszę przyznać, że to naprawdę fascynujące: nie widzieć, ale czuć, Przypomina mi to pewien film, niby horror, który niedawno oglądałam. Oko. Najpierw dziewczyna była ślepa, potem widziała, a na końcu znów oślepła. Z deczka dziwne, ale wniosek nasuwa się taki, że lepiej być niewidomym, niż doznawać wielu przykrości dlatego iż się widzi. I tu potwierdza się słuszność słów "najważniejsze jest dla oczu niewidoczne". Bo przecież niewidomi tez mają przyjaciół, mężów i w ogóle bliskie im osoby, do których coś czują. A przecież nigdy ich nie widziały. Jednak niektórzy myślą inaczej, że aby się zakochać trzeba zobaczyć. A dla niektórych miłość w ogóle nie istnieje...



Daj mi ten nos...? xDDD

W chustce Jessi xD



Lying on the... beach [?] and having fun?



Kiedyś, niewiadomo skąd, ze wschodem słońca przybyłam tu...

Pamiętaj, patrząc w gwiazdy, że Kocham Cię!

piątek, 9 maja 2008

Piątek sobie był.



Nie wiem, czy to miejsce, ten cały blog, ma się stać moim pamiętnikem. Może nie do końca będzie to pamiętnik, ale będę starała sie zdawać relacje [?] z mojego dennego życia.

Jakoś sobie wymyśłiłam, że wstawię tu zdjęcie. W sumie nie wiem po co. Ale skoro wymyśliłam, to niech już będzie.

Dzisiaj jest piątek. Odziwo moje weekendy nie rozpoczynają sie nigdy jakoś.. fantastycznie. Po prostu, zwykłe dni. Tylko wolne od szkoły. Dzisiaj, w sumie dało się przeżyć. Trzy lekcje. W dodatku, dwie z nich - polski i plastyka. Więc wiadomo xD
Roksana przyniosła do szkoły wczorajszy prezent, który Janko dostała ode mnie i Agaty. "ABC dojrzewania". Tia, Asi bardzo się lektura spodobała ;P Nie wiem, dlaczego ludzie (niektórzy) reagują śmiechem na słowo "sex". Przecież rozmowa o tym, oczywiście na kulturalnym poziomie, nie powinna być tematem Tabu. Ale ok. Nie wiem, o czym mam pisać, bo jak w szkole się tak krótko siedzi, to nic się nie dzieje. Jest 22.46 i chyba idę spać. Życzę sobie snów. Branoc xD

środa, 7 maja 2008

Grota Bazyliszków

Wybiegłam z klatki, trącąc plecakiem jednego z tych śmierdzących pijaków, co to stoją od rana pod blokiem. Przeskoczyłam ogromną kałużę i spojrzałam na zegarek. Dziesiąta. Za kwadrans rozpocznie się sześciogodzinne katowanie, męczenie i Bóg wie, co jeszcze. Czasem czuję się jak Syzyf, ten z mitologii. Nauka - żmudna, męcząca praca, nieprzynosząca jakichkolwiek efektów. "Ucz się ucz, bo nauka, to potęgi klucz". Kto, do cholery, wymyślił to durne stwierdzenie?! Ciekawe, czy takim kluczem mogłabym otworzyć czyjeś serce.
Szłam tak wolno, jak było to możliwe. W końcu wyszło na to, że spóźniłam się do szkoły. Na biologię.
- Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie - wyrecytowałam monotonnym półgłosem.
- Wyczułaś, że będzie kartkówka, tak? - zapytało zjadliwie wredne babsko, kiedy ukradkiem próbowałam usiąść na swoje miejsce.
Dopiero zauważyłam zaskakującą ciszę panującą w tej, na ogół bardzo rozgadanej, klasie. Twarze wszystkich piszących wyrażały rozpacz, ale i też głęboką chęć zlikwidowania tego olbrzymiego stworzenia, które śmiało się nazywać nauczycielem. Nie, żebym uważała, iż owym istotom należy się jakiś większy szacunek niż innym, ale to babsko przerasta wszelkie normy.
- Taa, a co ja pies jestem? - mruknęłam po cichu, jakby sama do siebie - Jakiś wyostrzony węch, czy coś? - dokończyłam i podreptałam w stronę ławki.
- O nie, panienko droga - odezwała się biologistka - Myślałaś, że ci to płazem ujdzie?
- Powiedzmy, że tak - odburknęłam.
- No spójrzcie, jaka bezczelna! - babsko poderwało sie z miejsca tak gwałtownie, że zamarłam z przerażenia. Chwyciła w rękę wskaźnik i zaczęła mi nim nerwowo wymachiwać przed nosem.
- Co powstaje w wyniku mitozy? - rzuciła.
- ??? - spojrzałam na nią pytająco.
- Nie wiesz? - twarz kobiety rozjaśnił triumfalny uśmiech.
Do końca lekcji stałam przy jej biurku, starając się odpowiadać na zadawane przez nią pytania, na które i pewnie sama nie znała odpowiedzi. Zakończyło się to oczywiście wpisaniem do dziennika pały, w rubryce "kartkówka". Taa, jeżeli godzinne odpytywanie takową można nazwać, to chyba pójdę w jej ślady. Kiedy rozległ się dzwonek, wzięłam plecak, mruknęłam "Do widzenia" i wybiegłam z sali, przed którą czekały już na mnie Zacharia i Blenorda.
- Cześć Grodlana - krzyknęły chórem.
- Cześć. Jak wam poszlo na tej kartkówce? - spytałam, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
- Weź, bez-na-dzie-ja - powiedziała Blenorda - Jak dostanę kolejną pałę, ojciec mi laptopa zabierze.
- Przesadzasz, Bleno. Wytrzymasz bez komputera. Grodi, a Ty czemu się spóźniłaś?
- Nie chciało mi się tu iść. Wiecie czemu. Chari, a Tobie jak poszło?
- Dobrze. Siedziałam z Lartonem, więc sama rozumiesz?
- Zbiorowa praca?
Wybuchnęłyśmy śmiechem i zmusiłyśmy się do przejścia pod salę, w której miał być polski.
Lekcje minęły wyjątkowo szybko. Pomyślałam wtedy, że nie może być tak pięknie i coś się wydarzy. Coś zupełnie niechcianegoo. Nie myliłam się.
Wróciłam do domu i rzuciłam plecak, nierobiąc żadnego z zadań domowych. Jakby ktokolwiek robił. Stwierdziłam, że skoro jest taka ładna pogoda, powinnam trochę sie dotlenić. Zadzwoniłam do Chari i Bleno, czy przypadkiem nie mają ochoty pójść na miasto. Miały. Spotkałyśmy się, jak zwykle pod starym zrujnowanym domem. "Grota Bazyliszków", bo tak miejscowi nazywali to opuszczone miejsce, mieściła sie niedaleko zarośniętego stawu. Podobno w XVI w. mieszkał tam mężczyzna, który miał hodowlę węży. Pewnego dnia umarł, ale lekarze nie znaleźli przyczyny zgonu. Jego węży nikt nie znalazł. Mieszkańcy twierdzli, że owe gady zabijały wzrokiem i od tego zginął ich właściciel. Nie jestem aż tak głupia, aby w to wierzyć.
Nigdy nie wchodziłyśmy do tego domu. Nie ze strachu, ale po prostu nie byłyśmy ciekawe co tam się znajduje. Jednak tego dnia Bleno wpadła na szalony pomysł.
- A może... - zaczęła - wejdziemy do środka i przekonamy się ile prawdy, w tym co mówią ludzie?
- Zwariowałaś?! - krzyknęłam.
- Co, obleciał Cię strach?
- Nie... - skłamałam - ale...
- Ale co?
- Jakoś tak... nie mam ochoty. Ty też nie, prawda Chari?
- W sumie, co nam szkodzi wejść i zobaczyć co kryje ten straaaszny dom?
Obie dziewczyny wybuchnęły śmiechem. Mi nie było do śmiechu. Zaczęłam snuć teorie na temat tego, co czai się w tym miejscu. Przed oczyma stanęły mi olbrzymie węże, rodem z filmu science-fiction. Bleno wyrwała mnie z rozmyślań.
- To co? Wchodzimy?
- Dobrze - w końcu przemogłam strach - ale ja pomiędzy tobą a Chari, zgoda?
Bleno otworzyła skrzypiące drzwi. Na drżących nogach weszłam do środka.
- Ale tu śmierdzi - zauważyła Chari - I strasznie ciemno. Nic nie widzę. AUU!
- Co się stało?! - przestraszyłam się.
Bleno udało się zapalić starą lampę.
- Nic, nic - uspokajała mnie Chari, masując kostkę - Po prostu źle stąpnełam.
Poszłyśmy dalej. Co jakiś czas wydawało mi się, że słyszę jakieś syczenie. Kiedy jednak mówiłam o tym dziewczynom, zbywały mnie głośnym "Odbiło ci". Owszem, jestem szurnięta, ale chyba nie do tego stopnia, żeby słyszeć jakieś głosy, tudzież syczenia. Później stwierdziłam, że jednak to tylko moja wyobraźnia.
- Ej, mam pomysł - Bleno zatrzymała się - Rozdzielmy się. Będzie zabawa.
Otworzyłam szeroko oczy a moje usta rozwarły sie mimowolnie wyrażając me głębokie zdumienie.
- Ja jestem za! - krzyknęła Chari.
- No, nie! Tego już za wiele! - przerwałam im knucie spisku przeciwko mnie - Miałyśmy iśc do miasta a jesteśmy w jakimś obskurnym miejscu. Na domiar złego wy chcecie się jeszcze rozdzielać?! O, nie! Ja pasuję. Wracam.
Odwróciłam się z zamiarem wyjścia, ale zobaczyłam ciemność. Żadnego światła.
- Dobra, zostaję - powiedziałam po chwili - Ale błagam was, nie rozdzielajmy się! - zawyłam w rozpaczy.
- Zgoda, nie rozdzielimy się - zawyrokowała Chari.
Z ogromną niechęcią zmusiłam się, aby iść dalej, ale wolałam to niż wracać w tych ciemnościach. Przeszłyśmy przez masę wąskich korytarzy, w których leżało mnóstwo starych rzeczy: złote ramy, lichwiarze. Jednak mnie zainteresowała pozytywka leżąca w rogu dosyć dużego pokoju, do którego dotarłyśmy po pewnym czasie. Podniosłam ją i zaczęłam oglądać. Chari i Bleno zainteresowane były oglądaniem starych obrazów wiszących na zrujnowanych ścianach domu. Spojrzałam na nie tylko przez moment, bo grająca pozytywka ciekawiła mnie bardziej. Wyglądała bardzo dobrze, nie była zniszczona, więc pomyślałam, że to bardzo dziwne. Skoro nikt tu nie zaglądał od czasu śmierci hodowcy węży, to skąd się wzięła tutaj niezniszczona pozytywka? Pokazałam ją dziewczynom.
- Ale bajer! - krzyknęła Bleno, wyrywając mi pozytywkę z rąk - Ktoś tu musiał być przed nami. Nie sądzę, żeby taka zabawka zachowała się w nienaruszonym stanie przez 400 lat.
- No coś, ty? Jak na to wpadłaś? - zaironizowałam, próbując wyrwać Bleno moją zdobycz - Oddaj, ja to znalazłam!
Szarpałyśmy się przez kilka chwil.
- Dziewczyny, przesta... - sytuację chciała rozwiązać Chari, ale w tym momencie pozytywka spadła i rozbiła się na kilka małych kawałków.
- I zobacz, co narobiłaś?! - nakrzyczałam na Bleno, podnosząc z ziemi porcelanową baletnicę.
- Przepraszam - Bleno próbowała wyrazić skruchę - Nie chciałam...
- Nie chciałam, nie chciałam. Ale zrobiłaś!
- Ej - przerwała nam Chari - nie ma sensu, żebyście kłóciły sie o jakąś pozytywkę.
W sumie miała rację, więc przestałam sie gniewać na Bleno. Poczłapałyśmy dalej. Ten dom był ogromny, a z zewnątrz wydawał się taki malutki. Po pewnym czasie dotarłyśmy do jakichś drzwi, oblepionych pajęczyną.
- O fujj! - krzyknęłam, ocierając czołem o jedną z nich.
Chari otworzyła drzwi, a ja zamarłam. Na środku pomieszczenia leżały dwa węże! Może nie były tak ogromne jak sobie wyobrażałam, ale napewno ich wielkość była nadnaturalna.
- Dziewczyny, to bazyliszki! Zabijają wzrokiem! Nie patrzcie na nie! - wykrzyknęłam i padłam na ziemię twarzą w dół, zasłaniając oczy. Leżałam tak dobrą chwilę, kiedy usłyszałam cichy chichot, a zaraz potem salwy śmiechu. Nic nie rozumiałam. Ostrożnie podniosłam głowę i zobaczyłam Bleno leżącą na podłodze, ale wcale nie dlatego, że bała się węży. Pokładała się ze śmiechu. Usiadłam i patrzyłam na nią tępo. Zapaliło się światło. Nic nie rozumiałam. Rozglądnęłam się po pokoju. Węży nie było, za to zobaczyłam Lartona i Madila.
- Co tu się dzieje, do cholery?! - zapytałam z wyrzutem.
- Grodi, sory, ale musia.. musiałyśmy - Bleno nie mogła powstrzymać śmiechu - Poprosiłyśmy chłopaków, żeby załatwili sobie jakieś stroje, coś zblizżonego do węży. Bo przecież w półświetle i tak nie zauważyłabyś. Spytali nas po co, to im powiedziałyśmy...
Spojrzałam na Chari. Ona też się śmiała, ale gdy na napotkała mój pełen wściekłości wzrok, spojrzała na mnie przepraszająco.
- ... wymyśliłyśmy, żeby Ci zrobić jakiś kawał. Padło na "Grotę Bazyliszków". Żałuj, że nie widziałaś swojej miny. "Dziewczyny, nie patrzcie na nie" - Bleno śmiała się dalej.
- Bardzo, bardzo śmieszne. Jak mogłyście mi to zrobić? - w oczach pojawiły mi się łzy, na myśl tego, jak upokorzyłam się przed Madilem - Miał być kawał a wyszłam na idiotkę!
- Wyluzuj, Grodi. To tylko zabawa. I tylko w naszym gronie. Bo chłopacy nikomu nie powiedzą, prawda? - Bleno zwróciła się do stojących w rogu chłopaków.
- Nie, no coś ty - powiedział Larton - Wszystko między nami.
- Nie interesuje mnie to! - wykrzyknęłam i wściekła pobiegłam w stronę wyjścia.
- Grodlana, zaczekaj! - usłyszałam z oddali znajomy głos. Odwróciłam się. W moją stronę biegł... Madil. Jednak nieugięta szłam dalej.
- Zaczekaj - dogonił mnie po chwili.
- Na co? Chcesz się ze mnie pośmiać? Proszę bardzo - odpowiedziałam lekceważąco, choć zapewno w innych okolicznościach byłabym cała w skowronkach.
- Przepraszam. Naprawdę. Nie chciałem, żeby tak wyszło. I wcale nie uważam, że wyszłaś na iditokę. Myślę, że każdy zareagowałby tak jak ty. Więc nie masz się czego wstydzić. Uwierz mi - spojrzał na mnie tymi swoimi zielonymi oczami. Jak mogłam mu nie wierzyć?
- Dziękuję - uśmiechnęłam się.
Doszliśmy do wyjścia. Okazało się, że na dworze jest już całkiem ciemno.
- Może... - zaczął Madil.
- Tak? - spytałam.
- Dałabyś się odprowadzić do domu?
- Jeżeli masz ochotę, to owszem.
Uśmiechnął się, zdjął swoją bluzę i założył mi ją na ramiona.
Byłam w siódmym niebie, a złość na dziewczyny przeszła mi jak reką odjął.