Bierz z życia ile możesz...

... tylko nie przesadzaj. Bo w istnienu człowieka nie chodzi tylko o to, aby brać. Trzeba też dawać. Zapytasz: co dawać? Siebie samego. W przenośnym tego słowa znaczeniu. Dawać miłość, bo to ona czyni nas szczęśliwymi. Tak uważam ja. Bo dla każdego sczęście znaczy co innego. Pieniądze, sława... Ale czy te, tak zwane "wartości" dadzą Ci poczucie bliskości drugiej osoby? Nie sądzę. Ale ludzie są dziwni. Ja też...

środa, 24 lutego 2010

Profesor Koks part1

Zdrastvuy tie, stworzenia boże i nieboże. ^^

Się obudziła we mnie jakaś cudowna i niewytłumaczalna chęć napisania jakichś dyrdymałów tutaj. Pewnie dlatego, że dosyć dawno mnie nie było. A powód tegoż oczywiście nie zmieniony od zeszłego razu. Ale, co się będę tu rozpisywać o przeszłości. Bowiem oficjalnie pragnę oświadczyć, że chyba pojawiła się Wena. Wróć. Nie ma tu w sumie żadnego chyba. Z całą pewnością stwierdzam, że jest! Przyszła. Coś ostatnio mnie nachodzi coraz częściej, więc nieładnie i nieuczciwie byłoby wobec Niej, gdybym nie skorzystała z okazji. Tak, więc zamiar mam stworzyć coś, co nie zawsze będzie mogło ujrzeć światło dzienne, ale co, mam nadzieję, wywoła szczery uśmiech na niektórych twarzach ;D

Profesor Koks

 Wojt siedział w fotelu ubrany w szary podkoszulek. Zmęczenie po całym dniu spędzonym wśród tych obłąkanych kretynów z Kiri powoli dawało o sobie znać.Z zażenowaniem spojrzał na stertę sprawdzianów leżących na stole.

- Ja pierdolę - teatralnie załamał ręce i zaczął mruczeć sam do siebie - Czy oni myślą, że mi chce się to wszystko sprawdzać? - na jego twarzy pojawił się jakby grymas niezadowolenia a prawa brew lekko zadrgała. Kiedy uświadomił sobie, co się stało, od razu skarcił się w duchu. "Nie, nie. Mirek, pamiętaj: poker face. Żadnych niekontrolowanych ruchów twarzy - tylko wypróbowana mimika."

Po czym podszedł do lustra i zaczął się w nie tępo wpatrywać nie zmieniając jednocześnie wyrazu twarzy i powtarzając w myślach:

"Wojtek smutny. Wojtek wesoły. Wojtek zły. Wojtek szczęśliwy. Wojtek zażenowany. Wojtek przestraszony."

Kiedy skończył, wyszczerzył do swojego odbicia zęby w dzikim uśmiechu, podniósł obie dłonie na wysokość klatki piersiowej i złączył jej jedynie opuszkami palców. Zadowolony, odwrócił się na pięcie, ponownie spojrzał na stertę sprawdzianów, a zaraz potem na zegarek.

 - O, słodki Jezu! - wykrzyknął -  Teraz nie mam czasu na jakieś tam sprawdziany. Zaraz będzie Adi! - ostatnie zdanie niemalże wyśpiewał i tanecznym krokiem popędził do kuchni. Z lodówki wyjął słoik ogórków kiszonych i wyłożył je na talerzyk. Pokrzątał się jeszcze chwilę, raz po raz cicho pogwizdując.

Kiedy rozległ się dzwonek do drzwi, Wojt w dzikim amoku pobiegł je otworzyć, omalże się przy tym nie potykając o swoje buty. W drzwiach stał młodzieniec o włosach czarnych, jak skrzydła kruka i cerze białej jak śnieg. Nazywano ją Śnieżką. A tfe, wróć. A na imię mu było Adrian.

- Mój przyjacielu koksie! - Wojt przygarnął go do siebie w męskim uścisku.
- Cześć, prawdziwy mężczyzno!

Wojt i Adi wkroczyli do pokoju pewnym, męskim krokiem.

- Ładnie tu - odezwał się chłopak rozglądając się po mieszkaniu, podnosząc szklany wazon i oglądając go ze wszystkich stron.
- Ewa, moja żona, tu wszystko urządziła - skłamał Wojt, nie chcąc przyznawać się do swoich niemęskich, pedantycznych zainteresowań. Szybko zmienił temat.
- Napiłbyś się czegoś? - znacząco zaakcentował ostatnie zdanie i obaj zarechotali niskim basem.
- Stary, jasne. 

Weszli do kuchni. Adi zauważył starannie poukłądane ogórki na talerzu.
- Ewa przygotowała tak? Stary, ale ci zony zazdroszczę.
- Tak, tak, Ewa - Wojt, spuścił wzrok i wyjął z lodówki butelkę Finlandii. 
Adrian tęsknym wzrokiem obrzucił zdobycz w reku swego przyjaciela.
- O, kurwa, burżuazja, stary. Gdzie masz kieliszki?
- Na dole, w szafce.

Adrian pochylił się, żeby wyjąć dwa kieliszki i usłyszał ciche kwilenie dobiegające z klapy w podłodze. Wojtek zaczerwienił się, ale udał, że nic nie dosłyszał. Kwilenie powtórzyło się, tym razem nieco głośniej.

- Co to było? - zapytał Adrian.
- Eee.. Kot? Jest w piwnicy - skłamał, ale skutecznie, bo Adrian uwierzył.
- No, to idziemy się napić - wziął kieliszki i talerz z ogórkami i już szedł do pokoju, kiedy obaj usłyszeli zachrypły głos dobiegający spod klapy w podłodze.
- Chce mi się szczaaaaaać!
- Kurwa! To też był kot?! - zapytał z wyrzutem Adi - Co ty tam trzymasz?
Wojt spuścił głowę.
- To.. moja córka.
- I Trzymasz ją w piwnicy?! - Adi wytrzeszczył oczy w zdumieniu i zaraz uświadomił sobie, że jest ważniejsze pyatnie - Ty masz córkę?! 


c.d.n